Polska od lat zmaga się z dramatycznie niskim poziomem dzietności. Kolejne raporty demograficzne nie pozostawiają złudzeń – jesteśmy daleko poniżej progu zastępowalności pokoleń. Państwo deklaruje, że wspieranie rodzin i odwrócenie negatywnych trendów demograficznych jest jednym z jego strategicznych celów. Tymczasem lokalne polityki – często w dobrej wierze – zaczynają tworzyć bariery, które uderzają dokładnie w tych, których miały chronić.
Jednym z takich przykładów jest Strefa Czystego Transportu.
Idea ochrony powietrza i zdrowia mieszkańców jest słuszna. Problem pojawia się wtedy, gdy narzędzia realizacji tego celu nie uwzględniają realiów życia rodzin, zwłaszcza rodzin wielodzietnych.
Samochód jako podstawowe narzędzie funkcjonowania rodziny
Dla wielu dużych rodzin samochód nie jest luksusem. Jest narzędziem codziennego funkcjonowania:
-
dowożenie dzieci do szkół i przedszkoli,
-
wizyty lekarskie, rehabilitacja, zajęcia dodatkowe,
-
dojazdy do pracy jednego lub obojga rodziców,
-
zakupy, opieka nad starszymi członkami rodziny.
Rodzina z pięciorgiem czy sześciorgiem dzieci nie zmieści się do miejskiego hatchbacka. Potrzebuje pojazdu 7-, a często 9-osobowego. Tymczasem rynek samochodów spełniających jednocześnie wymagania stref emisyjnych i potrzeby dużych rodzin jest bardzo ograniczony i skrajnie drogi.
Cena nowego lub kilkuletniego vana czy busa spełniającego restrykcyjne normy emisji to dziś często 150–200 tysięcy złotych lub więcej. Dla przeciętnej rodziny wielodzietnej – nawet pracującej – to kwota całkowicie poza zasięgiem.
Ukryty komunikat: mniej dzieci = łatwiejsze życie
W praktyce pojawia się dramatyczny dylemat:
Czy stać nas na kolejne dziecko, skoro nie stać nas na samochód, którym będziemy mogli je przewozić?
To pytanie nie jest publicystyczną przesadą. Jest realnym doświadczeniem wielu rodzin.
Polityka, która de facto wymusza posiadanie nowego, drogiego pojazdu jako warunku normalnego funkcjonowania w mieście, wysyła ukryty komunikat:
Im mniejsza rodzina, tym łatwiej.
A to dokładnie odwrotność tego, co deklaruje państwo w swoich strategiach demograficznych.
Transport publiczny nie rozwiązuje wszystkiego
Często słyszymy argument: „przesiądźcie się na komunikację miejską”. Dla części mieszkańców to rozwiązanie sensowne. Dla rodzin wielodzietnych – bardzo często nierealne.
Spróbujmy wyobrazić sobie:
-
podróż z czwórką lub piątką dzieci w godzinach szczytu,
-
konieczność przesiadek,
-
dojazdy z obrzeży miasta lub aglomeracji,
-
przewożenie wózków, plecaków, sprzętu rehabilitacyjnego.
W wielu przypadkach samochód nie jest wygodą. Jest jedyną rozsądną opcją logistyczną.
Ekologia przeciw rodzinie?
Ochrona środowiska nie musi i nie powinna stać w opozycji do polityki prorodzinnej. Problem nie leży w samym celu, lecz w braku mądrego wyważenia narzędzi.
Jeżeli ciężar transformacji ekologicznej w największym stopniu ponoszą rodziny z dziećmi, to mamy do czynienia z głęboką niesprawiedliwością społeczną.
Rodzina, która już ponosi ogromne koszty wychowania dzieci, otrzymuje dodatkowy rachunek w postaci przymusu zakupu bardzo drogiego pojazdu albo ryzyka wykluczenia komunikacyjnego.
To nie jest neutralna polityka. To jest realny bodziec zniechęcający do posiadania większej liczby dzieci.
Potrzeba korekty, nie wojny
Ten tekst nie jest manifestem przeciw ekologii. Jest wołaniem o rozsądek.
Jeżeli naprawdę zależy nam zarówno na czystym powietrzu, jak i na przyszłości demograficznej Polski, potrzebujemy rozwiązań:
-
z wyjątkami i ulgami dla rodzin wielodzietnych,
-
z długimi okresami przejściowymi,
-
z realnym wsparciem finansowym,
-
z rozbudową alternatyw transportowych, zanim wprowadzi się zakazy.
W przeciwnym razie stworzymy system, w którym młodzi ludzie będą coraz częściej stawać przed dramatycznym wyborem:
Rodzina czy samochód?
A w tle tego pytania będzie jeszcze trudniejsze:
Rodzina czy normalne życie w mieście?
Jeśli naprawdę myślimy o przyszłości, na takie pytania nie możemy odpowiadać milczeniem.

