Kiedy dni stają się coraz krótsze, a za oknem panuje szaruga, w kalendarzu liturgicznym dzieje się coś niezwykłego trwa Adwent. Dla wielu to tylko czas gorączkowych zakupów i mycia okien, ale jeśli zatrzymamy się na chwilę, odkryjemy, że to jeden z najpiękniejszych okresów w roku. To czas radosnego oczekiwania.
Nie jest to oczekiwanie bierne czy smutne. To ten rodzaj ekscytacji, który czujemy, wiedząc, że lada moment wydarzy się coś wielkiego – przyjdzie Ktoś, kogo kochamy. Czekamy na narodziny Boga.
Atmosfera Rorat
Dla mnie sercem Adwentu są Roraty. Jest w nich coś mistycznego, co trudno porównać z jakąkolwiek inną mszą w ciągu roku.
Wyobraźcie sobie ten moment: wstajecie wcześnie rano (lub idziecie wieczorem), na dworze jest zupełnie ciemno, zimno szczypie w policzki. Wchodzicie do kościoła, a tam… panuje mrok. Elektryczne światła są wygaszone. I nagle, w tej ciszy i ciemności, zaczynają pojawiać się małe punkciki światła.
To właśnie Roraty. Msze wotywne o Najświętszej Maryi Pannie, która jest naszą przewodniczką w tym czasie. To Ona, jak ta „Jutrzenka”, zapowiada nadejście Słońca – Chrystusa.
Lampiony rozświetlające mrok
Najpiękniejszym obrazem Adwentu są dla mnie ludzie idący na Roraty z lampionami. Widok dzieci (i dorosłych!), wchodzących do ciemnej świątyni z własnym światełkiem, jest niesamowicie symboliczny.
Ten mały płomień lampionu mówi nam więcej niż tysiąc słów:
-
Mówi o czuwaniu – że nie śpimy duchowo, ale jesteśmy gotowi.
-
Mówi o nadziei – że nawet najmniejsze światło potrafi zwyciężyć wielką ciemność.
-
Mówi o drodze – że przez życie nie idziemy po omacku.
Kiedy podczas hymnu „Chwała na wysokości Bogu” zapalają się wszystkie światła w kościele, czuć tę radość fizycznie. To codzienna przypominajka: „Jeszcze chwila, bądź cierpliwy, Światłość nadchodzi”.
Zwolnij, by zdążyć
Adwent uczy nas trudnej sztuki czekania w świecie, który chce mieć wszystko „na już”. Chodzenie na Roraty wymaga pewnego wysiłku – trzeba wstać wcześniej, zorganizować czas, wyjść z ciepłego domu. Ale ten wysiłek procentuje.
Dzięki temu Adwent nie przecieka nam przez palce. Zamiast obudzić się 24 grudnia z myślą „o rany, to już?”, przeżywamy ten czas świadomie, krok po kroku.
Życzę Wam, aby ten Adwent nie był tylko czasem skreślania dni w kalendarzu. Niech to będzie czas, kiedy chwycicie za lampion – dosłownie lub w przenośni – i pozwolicie, by w Waszym sercu zrobiło się jaśniej. Bo Boże Narodzenie najlepiej przeżywa się wtedy, gdy się na nie naprawdę czekało.







